Inwazja

Czerwone niebo domagało się uwagi zza zasłony dymu i pyłu. Budynki na przedmieściach wyglądały jakby miały długą i tragiczną przeszłość, choć w rzeczywistości zostały wybudowane z rozkazu rady miasta stosunkowo niedawno. A mimo to, można by pomyśleć, że mieszkało w nich kilkanaście pokoleń wstecz.
Samochód, w którym się znajdowałam pachniał stęchlizną i potem ludzi siedzących obok. Chmury piachu unosiły się za nami dostając się do oczu, ust, nosa i uszu. Przylepiały się do mokrych rąk i znoszonych w większości ubrań. Nikt nie wiedział, gdzie zaraz się znajdziemy - choć przede wszystkim, nie wiedzieliśmy co znajduje się jeszcze dalej za nowo wybudowaną częścią dzielnicy, przez którą przejeżdżaliśmy.
Jednak, to, co tam zastaliśmy było odwrotnością, tego czego się spodziewaliśmy - samo miejsce nie wyróżniało się niczym specjalnym - wręcz przeciwnie, było tak przeciętne, że aż nudne z wyjątkiem jednego budynku. Prawie w całości przeszklony, dorównujący rozmiarami budynkowi rządu, stał na uboczu, jakby chciał ukryć swoją inność. 
Dwa tuziny ludzi wysiadło z pojazdów i skierowało się w stronę tego dziwnego ,,pałacu". Szłam obok zupełnie nieznanych mi osób tak blisko, że gdybym chciała unieść ręce, miałabym z rtm poważny problem. Ale nie chciałam. Zmęczenie za bardzo dawało się we znaki. Podróż trwała kilka godzin a zaczęła się nad ranem. Skończyła się w południe, kiedy słońce znajduje się centralnie nad naszymi głowami dając o sobie znać. Przeszłam przez drzwi, potykając się o kogoś z boku. Kiedy wszyscy stanęli w - można to nazwać holem - zobaczyłam przy niedalekiej wnęce znajomą twarz. Średniego wzrostu chłopak stał opierając się lekko ramieniem o ścianę i patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Po chwili podszedł i wmieszał się w tłum, który niepewnie wyczekiwał dalszych instrukcji.
- Nie wiedziałem, że jesteś z jednej z bocznych dzielnic - powiedział. Nie do końca miałam pewność, co odpowiedzieć na tego typu komentarz.
- No cóż... jestem - rzuciłam w odpowiedzi. Staliśmy tak jeszcze chwilę w niezręcznej ciszy, aż chłopak znowu odezwał się jako pierwszy
- W każdym razie, miło widzieć znajomą twarz. - Po tym, odszedł w głąb sali zostawiając mnie z pozostałymi osobami nadal czekającymi w niepewności.
<><><><><><><><><><><><><><><>KILKU-MIESIĘCZNY PRZESKOK CZASOWY<><><><><><><><><><>

 Niebezpieczna zaraza rozprzestrzeniała się coraz bardziej, stanowiąc poważne zagrożenie. Codzienne wykłady i ćwiczenia nie dawały nikomu spokoju i były wręcz prowokacją do wyjścia. Tak też się stało - co dwa tygodnie grupka chętnych wymykała się przez główne drzwi na ulice miasta, które Bogu dzięki jeszcze nie zostało opuszczone. Niektórzy włamywali się do magazynów i ,,pożyczali" to, co niedostępne było w naszym ośrodku. Inni po prostu cieszyli się okazją oddychania na powietrzu. Nikt nie zważał jednak na to, jak niebezpiecznie jest na dworze i że oni mogą dopaść nas wszędzie.  Oni, to znaczy zarażeni. Według doniesień są równie szybcy jak my, zwinni jak my, ale o wiele mniej przewidywalni. Jednakże, kto by sobie nimi zawracał głowę? Cóż, kiedyś trzeba zacząć.
Nikogo nie obchodziło, jak głośno jesteśmy albo czy zostaniemy przyłapani. Priorytetem było zatrzaśnięci wejścia i pozostanie w bezpiecznym miejscu.
- Mówiłem - powiedział Janek kilka godzin później - że to nie najlepszy pomysł.
Niestety, wiedziałam czemu w nim taka zmiana, przecież jeszcze niedawno sam bardzo entuzjastycznie podchodził do pomysłu wymknięcia się, gdy nikt nie patrzył. Od kiedy jednak został wezwany wraz z innymi, którzy mogli dowiedzieć się czegokolwiek o swojej rodzinie zaprzeczał wszystkim próbom namówienia go z powrotem. Pamiętam, że kiedy zobaczyłam jego twarz po wyjściu z sali coś się we mnie złamało. Po raz pierwszy tak mocno współczułam komuś, na kogo w szkole nawet nie zwróciłabym uwagi. A szkoda, przynajmniej wiedziałabym co zrobić, żeby poczuł się lepiej...

,,Kilka dwudziesto osobowych grup ustawiło się w holu przygotowanych na rozkaz" - tak brzmiała informacja, którą podsłuchałam z rozmowy dowódców naszych oddziałów. Kolejna, jaką dosłyszałam, stojąc ramię w ramię z Jankiem była ,,Nie ma czasu na zastanawianie się. Nad moralnością zwycięża potrzeba" Tuż po komunikacie podniosłam broń. Pierwszy strzał padł już dawno, ale jakoś nie mogę zastosować się do słów usłyszanych przed chwilą. Tym bardziej Janek, w którego oczach dostrzegłam coś pomiędzy złością a bezsilnością. Szare mundury domagały się uwagi zza zasłony błota i krwi.



 PRO TIP: Nigdy, powtarzam, nigdy nie przyciskajcie klawisza backspace na telefonie zbyt długo. Inaczej post wam się usunie ;-;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz